Powiecie że
bzdety pisze, że kaczka jakaś
dziennikarska albo inne
cholerstwo. Ale jedna rzecz mnie
zafascynowała. Pewien krasnolud
rzekł mi nie tak dawno, że
wszystkie gildie śpią. I to
mocnym, wielosezonowym snem. Już
chciałem go wykpić i zamówić
kolejną flaszkę w karczmie, gdy
uderzyła mnie z niemałą siłą:
ciągle widać bliznę
świadomość tego że faktycznie
tak jest! I to nie mowa o
jednoosobowych Władcach Całego
Mroku Niszczącego Wszystko Co
Dobre bla bla bla. Nie! To
właśnie te duże, szanowane i
przytulne organizacje. Tylko
patrzeć jak po ulicach Galimoru
będą się toczyć takiego
kurzowe kulki jak w opuszczonych
miastach rodem z westernów.
Nawet ROTL z LOTRem się nie
kłócą, Thaumiel cicho chrapie
w łóżku, a i miejscowi idioci
się gdzieś pochowali. Choć
dawniej nie mogłem się
nadziwić że nikomu nie
znudziło się rzucanie w innych
błotem na forum, albo tworzenie
gdzie nie spluniesz różniastych
paktów tego i tamtego... to do
cholery okazuje się że
właśnie to trzyma Galimor przy
życiu. Może to znów potwierdza
ułomność naszej ludzkiej/elfiej/krasnoludzkiej/diabelskiej/niebiań
skiej/niziołczej/orczej : że
zawsze jakoś lżej się na sercu
robi jak bliźni bliźniego
ciepnie kamieniem. A jak tamten
walnie o zol, i rozwali sobie
głowę to już mamy powód do
święta. I co tu kryć mi też
tego brakuje. Może jesteśmy
emocjonalnie upośledzeni, i
chorzy na znieczulicę... ale co
z tego! Cóż... Więc dlaczego
wszyscy którzy byli tak
zapalonymi kłótnikami, i
pierwsi byli do stawania na
ubitej ziemi, teraz chrapią pod
puchową kołderką, budząc się
tylko na gorącą czekoladę?
Gdzie podział się cholerny duch
tego miejsca? Jak przechodziłem
przez Galimorską granicę po raz
pierwszy, pamiętam że uderzyły
mnie rozmiary tego wszystkiego :
tu jakaś karczma, tam forum,
labirynty, lochy, pojedynki i
walka armią. A w to wszystko
wpleciony był dialog wszystkich
mieszkańców. Jedyne co się
nasuwało to cytat z pewnego
filmu. Przepraszam czy tu biją?.
A teraz, to forum może stać nie
ruszone przez nikogo przez trzy
godziny, karczma takoż tyle
godzin albo i więcej. Pobudka do
ciężkiej cholery! Zróbcie coś
konstruktywnego! Albo i
destruktywnego...
Tristian |
Z
niejednego skarbca ....
Pewno pamiętacie aferę
obyczajowo - korupcyjną jaką
opisywałem kilka miesięcy temu
na łamach Głosu. Spodziewałem
się, że w pewnym stopniu ludzie
pójdą po rozum do głowy.
Jakże się myliłem. Kapłan
Tensarioth działa cały czas, a
jego łupem wciąż padają
lekkomyślnie pilnowane skarbce.
Jako członek ochotniczej straży
miejskiej, zostałem wyznaczony
do pilnowania kosztowności
królewskich (nie mylić z kure...skich).
Noc przebiegała spokojnie.
Wszechobecna nuda zmuszała mnie
do różnych bestialskich
potworności (liczenia kamieni w
murze, ostrzenia topora, gadania
z innymi strażnikami). Po kilku
godzinach, gdy większość
strażników ukradkiem, w
najciemniejszych kątach
korytarzy, spać się położyła,
poczułem że matka natura mnie
wzywa. Szczając w trzcinie,
przed budynkiem rzecz jasna,
trochę się orzeźwiłem (przyszło
wraz z ulgą). Wracając do
skarbca, już przy drzwiach,
odczułem, że coś jest nie tak.
Jednak strażnicy spali, żyw, na
swoich miejscach. Uznając, że
własny umysł mnie oszukuje,
udałem się na swój posterunek,
wciąż z dziwnym przeczuciem.
Postanowiłem, na wszelki wypadek,
zajrzeć do skarbca. Jakież
było moje (i nie tylko moje)
zdziwienie, gdym w środku
ujrzał... Tensariotha.
Już miałem bić na alarm, gdy
myśl okrutnie przebiegła.
Postanowiłem dobić z nim targu.
Ja go nie wydam, a on wyjawi mi
swoje tajemnice. Pierwsze pytanie
jakie zadałem było oczywiście
o sposoby jakimi obrabiał gildie.
Kapłan wziął głęboki oddech
i zaczął opowiadać. Wspomniał,
że początkowo to było proste
niczym świński ogon. Tensarioth
cieszył się poważaniem w
całym Galimorze. Był dość
znany i można było mu zaufać.
Więc wiele gildii słało mu
posłańców z zaproszeniem w ich
progi. Tens wybierał pierwszego
posłańca, który do niego
dotarł i, wraz z nim, udawał
się go gildii. Jeśli bractwo
było warte zachodu, zostawał w
nim. Potem Tensarioth udawał
się do odpowiedniej osoby,
prosić o klucze do zbrojowni.
Argumentował swoją prośbę,
chęcią pobrania sprzętu, gdyż
jak twierdził, wyposażenie
miał niepełne, a sam w biedzie
żył. Zamiast miecza, brał
cały skarbiec ze zbrojownią
włącznie. O dziwo, wszyscy się
nabierali na ten sam numer.
Złodziej odchodził do
następnej gildii robiąc to samo.
Gdy przywódca gildii był
roztropniejszy, to Tens przyznał,
że trzeba było włożyć w to
trochę wysiłku. Jak jego
działalność wyszła na jaw
Tensarioth, przybierał różne
imienia i różne szaty. Raz
podawał się za barda. Innym
razem twierdził, że jest
nekromantą. Potem był
wojownikiem. Przyznał, że w
niektórych bractwach bywał
kilka razy, czego nawet nie byli
świadomi. Jeśli ludzie
rozpoznali zmieniał swój
wizerunek. Potem prosił na o
przygarnięcie go do jakiejś
gildii. W Galimorze nikt nie
patrzy na skład gildii, kto
aktualnie siedzi. Kiedy już był
znany w całym Galimorzem Tens
musiał użyć wspólnika. Potem
jak się rozsławił w całym
Galimorze, włamywacz był
przekonany, że ludzie będą
uważni, a tymczasem gdy nie był
zameldowany w żadnej gildii,
posłańcy do niego masowo
napływali z zaproszeniami.
Oznajmiłem mu, że zamierzam
opublikować naszą rozmowę. Na
jego twarzy pojawił się dziki
uśmiech i tylko mi odrzekł: Im
trudniej tym lepiej, dla mnie nie
ma rzeczy niemożliwych.
Spytałem, czy nie żal mu było
tych wszystkich okradzionych
ludzi. Beznamiętnie
odpowiedział, że wcale.
Okradanie to jego sens życia.
Daje mu motywację i stawia przed
nim, coraz to trudniejsze,
wyzwania. Potem dodał, ze
planuje okradzenie całej krainy
w jedną noc. Na koniec zadałem
mu pytanie: Jak najlepiej
obronić się przed włamaniem
Tensariotha. Odpowiedź przeszła
moje najśmielsze oczekiwania.
Odpowiedział krótko: Hans, to
nie będą już włamania
Tensariotha...
Dotrzymując umowy, pozwoliłem
mu uciec ze skarbca, jednak na
grabież się nie zgodziłem.
Odprowadziłem go do wyjścia i
wróciłem zamknąć wrota do
skarbca. Spojrzałem jeszcze raz
w stronę komnaty wypełnionej
złotem i zauważyłem, że
brakuje kilku drobiazgów...
Hans von Laser
|