| Przy szynku
siedział szczupły mężczyzna.
Człek przeciętnej urody, na oko
trzydziestoletni o krótkich brąz
włosach i ciemnej karnacji.
Miał na sobie za luźną koszule
oraz całkiem poszargane, płócienne
spodnie. Wychylił czwarty z
kolei kufel piwa, wolną dłonią
przywołując gospodarza do
siebie. -
Jeszcze jedno Bill - odrzekł
portowiec i rzucił kilka monet
na blat.
-
Pustki dziś - odpowiedział
chudzielec o chytrej, nieco
szczurzej twarzy. Podsunął
pełny kufel pod nos Kalit'a. -
Opowiedzieć ci coś?
-
Nie mam nic innego do roboty.
-
Znasz moich klientów, większość
to pijaczyny, niektórzy nawet
odurzają się jakimiś ohydnymi
ziołami.
-
Sam im je sprzedajesz - wtrącił.
-
No, nieważne. Ostatnio pojawił
się tu ktoś, kto bije
wszystkich na głowę -
odchrząknął, udając pewne
zniesmaczenie. - Osoba ta nie
dosyć, że nigdy nie jest
przytomna, to zaczepia każdą
napotkaną panienkę. Choć po
paru głębszych już obojętne
czy to babeczka czy facet -
uśmiechnął się wrednie,
widząc grymas Kalit'a. -
Zresztą dzięki temu ubijam
niezły interes. Wynajmuje
regularnie moje dziewczęta,
kupuje trunki, a i mocniejsze
rzeczy... Czasami zarzyga
wychodek, ale cóż żaden klient
nie jest idealny.
-
Bill, po cholerę mi to mówisz?
- powiedział zirytowanym głosem
Kalit. - Znałem wiele takich
szumowin, co w tym ciekawego?
Gospodarz
spojrzał ukradkiem na drzwi
wejściowe. Wąskie szparki, które
służyły mu jako oczy,
patrzyły wyczekująco. W sali
siedziało dwóch pijaczków,
jedna panna, a przy szynku Kalit.
Karczma lśniła pustkami, gdyż
muzycy pochorowali się jak jeden
mąż, a dziewczynki uparły, że
bez melodyjki to nie potańczą.
Bill doszedł do wniosku, że za
bardzo im pobłaża. Następnym
razem sam wystuka melodie -
kijem po plecach.
-
Zaraz się pojawi. - liczył, że
mimo nudnej atmosfery Sam i tak
przyjdzie. Nie zawiódł się -
O! Poznaj osobę, o której ci
mówiłem. I właśnie to jest w
tym ciekawe - powiedział cicho,
bardziej do siebie, niźli do
towarzysza.
Kalit
odwrócił się bez większego
przekonania. Kiedy jednak ujrzał
postać w drzwiach, poczuł, że
albo sufit spadł mu na głowę,
albo ziemia go pochłonęła.
Samantha, gdyż tak było na
imię dziewczynie, miała
niewiele ponad pięć stóp
wzrostu i długie jasne włosy.
Tak młoda i niewinna, zdawałoby
się.
-
Ty żartujesz... - powiedział
cicho. Znał odpowiedź.
-
Dobrze wiesz, że nie - odparł
gospodarz, a chytry wyraz twarzy
nie opuszczał go ani na chwile.
Kalit tylko
skinął głową. Na moment ich
spojrzenia się spotkały.
Zielone oczy dziewczyny, o
nienaturalnie dużych źrenicach
oraz jego brązowe ślepia.
Wstał i bez słowa pożegnania
wyszedł z karczmy. Nie
zauważył kropli deszczu
siekących w jego oblicze. Jedyne,
co czuł to żal.
~oOo~
Drzwi
zaskrzypiały nieprzyjemnie.
Kalit rzucił przemoczony
płaszcz na krzesło. Skrzywił
się usłyszawszy chrzęst
papieru. Znowu wlazł na list, który
jakże inteligentnie ktoś
wsunął mu pod drzwi. To pewnie
kolejne zlecenie, pomyślał.
Mężczyzna w czasie sezonu
łowił ryby, czasami udało mu
się także załapać pracę na
statku. Najczęściej jednak
dorabiał, wykonując często
drobne, nieczęsto większe
zadania dla innych. Był
portowcem i to od wyjątkowo
mokrej roboty. Raz nawet dostał
zlecenie od pewnego kleryka.
Śmieszna historia.
Kalit wbił
wzrok w podłogę. Istotnie, do
buta przykleił mu się kawałek
pergaminu. Większość uważała,
że najbezpieczniej jest wrzucić
liścik wprost do jego pokoju.
Głupota, szczególnie, że nie
zamykał drzwi na klucz. Podniósł
nogę i wyjął spod niej
ubłoconą kartkę. Na
szczęście atrament nie uległ
rozmazaniu. Rozejrzał się
jeszcze po pokoju w poszukiwaniu
złota potrzebnego na wykonanie
zadania. Monety leżały na
wytartym dywanie, ułożone w równą
kupkę. Czyli pracodawca
wiedział o otwartych drzwiach.
Wolał jednak nie zostawiać
gospodarzowi kamienicy ani listu,
ani senlrnili dla Kalita.
Widać za wszelką cenę chciał
pozostać anonimowy. Ciekawe.
Brązowe
oczy szybko prześledziły
treść listu. Bez podpisu. Tak
jak się spodziewał. Jeśli coś
nie wypali, cała wina spadnie na
Kalita. Portowiec zazwyczaj nie
przyjmował zleceń na skatowanie
kogoś. Bywały wyjątki. Takowy
właśnie się zdarzył.
~oOo~
Katarynka.
Tak młody szczyl, a raczej obaj,
nazywali to dziwne, grające
pudło. Rzępoliło
niemiłosiernie.
-
Pierwszy, prawda? - spytał Kalit.
-
Tak, tak... Prawie zawsze
zgadujesz - odpowiedział
chłopak, jeszcze szybciej
kręcąc korbką.
Bliźniacy
byli najlepiej poinformowanymi
ludźmi w mieście. Przynajmniej
tak wynikało z wiedzy Kalita.
Udawali jednego człowieka. Gdy
Pierwszy chodził na zwiady,
Drugi wprawiał tą piekielną
machinę w ruch. I na odwrót. W
ten sposób jednocześnie
zdobywali oraz sprzedawali
informacje. Oficjalnie
chłopaczek żył z grania na tej
katarynce. Nieźle mu szło,
gdyż nikt inny w mieście
takiego instrumentu nie posiadał.
Ponoć malec dostał go od
zmarłego ojca. Ckliwe bzdury.
Portowiec
schylił się i wrzucił do
puszki stojącej na ziemi kilka senlrnili.
-
Pięknie grasz chłopcze, może
jednak urozmaicisz swą grę
pieśnią - odrzekł fałszywie.
- Może o pewnym jegomościu
zwanym Michaelem?
-
Zaiste piękna to gra, więc
złota więcej warta - oblicze
chłopaka nie wyrażało żadnych
emocji.
-
Śpiewaj, albo zabiorę co
wrzuciłem - rozmowa z
Pierwszym nigdy nie należała do
łatwych. - Zwyczajowa stawka, a
ty domagasz się więcej. Nie
taka była umowa.
-
Czasy i umowy się zmieniają,
Kalicie. Stawka rośnie -
trącił stopą, nieco
sugestywnie, puszkę przed sobą.
- A historia aniołka Michaela
warta więcej niż normalna
stawka. I tak dostajesz obniżkę,
po starej znajomości.
Kalit nie
wierzył w ani jedno słowo
tyczące rzekomej obniżki, tylko
dla niego. W Mennyport wszyscy
byli łapczywi na złoto niczym
hieny cmentarne. On także. Z
ociąganiem pochylił się i
dorzucił jeszcze parę monet do
puszki.
-
Starczy mała żmijo.
-
Jestem artystą - odpowiedział
butnie, lecz po chwili już
obojętnym głosem dodał. - Co
chcesz wiedzieć?
-
Słyszałem, ze Michael, że tak
ujmę... Niszczy ludzi. Nie wiem
jak dokładnie to wygląda.
Porwania, grabieże, a potem mord?
-
W ostateczności. Stosuje różne
metody. Zazwyczaj poluje na
młodych, głupich i chętnych
wrażeń - katarynka wygrywała
wciąż tę samą melodie,
dopasowując się do monotonnego
głosu chłopaka. - Oraz
oczywiście bogatych.
Najczęściej rozpieszczonych
synków handlarzy - pierwszy
raz w słowach jego rozbrzmiał
wredny ton. Widać za którąś z
ofiar nie przepadał. - Michael
daje im to świństwo, gn'h. Nieszkodliwe
ziółka na poprawę humoru, jak
powiadają. W końcu wmawia im
jakieś bajki o współpracy,
zyskach i uniezależnieniu od
rodziców. Bachory pojawiają
się ze złotem na rozkręcenie
interesu, dostają po pustej
głowie i tyle z tej bajki.
-
Rodzina? - gdy słuchał
Pierwszego, przed oczami
stanęła mu dziewczyna widziana
u Billa. Znów poczuł żal.
-
Milczy. Każdy dzieciak
uszczknął nieco ze skarbca, a
potem zniknął. Czym tu się
chwalić? - chłopak wzruszył
ramionami. - Nawet jeśli
zgłosili zaginięcie Strażnikom,
owi brali to za szczeniacki
wybryk. Ciał nie odnaleziono.
Zaś inne rodziny miały się z
czego śmiać. Oczywiście, póki
im się to samo nie zdarzy - znów
ta wredna nutka. Ciekawe, kim była
osoba, która tak bardzo zirytowała
Pierwszego, by ten okazywał jej
jawną wrogość.
-
Ostatnie pytanie. Gdzie mogę
znaleźć aniołka?
-
Nie osiadł nigdzie na stałe.
Krąży między karczmami,
szukając bogatych idiotów. O co,
w tym mieście nietrudno -
Pierwszy zdjął z głowy
kanciasty kapelusik i skłonił
się dwornie przed Kalitem.
Pieśń zakończona, lecz muzyka
dalej grała.
~oOo~
Nie grzeszył
bogactwem, a z głupotą różnie
bywało. Młodzikiem zaś nikt go
już nie nazywał. Niewiele
jednak w tym mieście rzeczy
szczyciło się mianem
prawdziwych, nieoszukanych. Kalit
mógłby udawać kobietę, albo i
dwie. Zaraz krążyłaby plotka o
dwóch, nowych paskudach w
Mennyport.
Wyjął spod
łóżka wypchaną sakiewkę.
Wewnątrz błyszczały złote
monety. Sztuczne złote monety,
tak dla uściślenia. Pamiątka
po nieszczęsnym zleceniu kleryka.
W końcu na coś się przydadzą.
~oOo~
Kalit począł
mozolnie przeliczać, co do eltina,
zawartość sakwy. Zadbał o to
by być dobrze widocznym. Na
razie zdziwił go jedynie grymas
Billa spowodowany widokiem owego
złota. Karczmarz powinien się
cieszyć, że klient ma czym
zapłacić. Tak czy siak szczurek
na pewno opowie każdemu, że
widział Kalita z nadmiarem
funduszy. I oto chodziło.
-
Prosty portowiec proponuję
pięknej damie kufelek piwa -
zagadnął najbliższą kobietę.
Nie była
damą, a już na pewno nie była
piękna. Szkoda. Przynajmniej
Kalit mógłby mieć nieco
przyjemności z wydawania
prawdziwego złota na jakieś
łatwe panienki. A tu ciągle
praca i praca... Na dokładkę
przez swój fortel musiał
uważać nie tylko na Michaela,
ale również na wszystkich zbirów
wypatrujących okazji do
grabieży. Kalit chciał się
wydawać taką właśnie okazją.
~oOo~
Kilka dni
łażenia po jakże urokliwych
spelunach. Michael już od
godziny siedział naprzeciw
Kalita, uśmiechając się
przyjaźnie. Blond włosy,
błękitne oczy, pogodna twarz.
Naprawdę przypominał aniołka.
Wyjątkowo zepsutego wewnątrz.
-
Wyglądasz mi przyjacielu na
człeka z głową do interesów...-
odrzekł ciepłym, uspokajającym
i wyjątkowo pedalskim głosem
Michael.
-
Oh, tam! Może morda już na
słońcu sparzona i pomarszczona,
ale o interesach nie myślę.
Nawet nie wiesz, ile złota
wydaję na panienki i piwko. Oraz
rzecz jasna na gn'h - usta
portowca wykrzywił głupawy
uśmiech. - Nie wiem skąd Bill
bierze to zielsko, ale jest
genialne! Żaden to jednak
interes, tylko ciągłe wydatki
- odrzekł, potrząsając
wypchaną sakwę.
-
Ach, rozumiem... - oczy Michaela
wyraźnie pojaśniały. Wałkoń
wydawał się jeszcze głupszy
niż powszechnie gadano. - Mój
przyjacielu, ja też prosperuję
pewnymi ilościami gn'h.
Specjalnie dla ciebie, obniżka
- powiedział, dłońmi
pokazując rzeczoną sumę.
Kalit zadał
sobie w duchu pytanie, co tych
wszystkich ludzi wzięło
ostatnio na rzekome zmniejszanie
cen. Czy naprawdę portowiec
miał na czole wymalowane "idiota"...
Cóż, tym lepiej.
-
Hm.... Cieszę się. Jeśli te ziółka
będą lepsze, może zmienię
dostawce! - oblicze mężczyzny
wręcz promieniało radością.
Wyłuskał z mniejszej sakwy
prawdziwe senlrnili. Nie
próbował używać fałszywek,
za duże ryzyko.
-
Widzę żeś niecierpliwy
przyjacielu - blondyn
podsunął mu zwitek ziół pod
nos. - Miłego żucia.
-
To ja pójdę do wychodka i tam
się poczęstuję. W tej spelunie
jestem dopiero drugi raz, lepiej
na samym początku nie podpadać
- tutaj Kalit popełnił błąd.
Nagle wykazał się szczątkową
rozwagą, a także niewiedzą
względem miejsc typu "Królowej
Mórz", czyli burdeli, a
zarazem karczm w jednym.
-
Co ty gadasz? Bierz śmiało, tak
jakby ktokolwiek się tu z tym
krył - Kalit obawiał się
takiej odpowiedzi.
-
Racja, racja - odpowiedział
lekkim tonem. - Tyle, że ja
naprawdę muszę do wychodka.
Piwka robią swoje. Wrócę za
chwilkę - wstał, klepiąc
się po brzuchu. Z ust nie
znikał głupawy uśmiech.
Po chwili
zniknął za drzwiami, wokół których
roztaczał się aromat uryny. Gdy
już załatwił swoje rozrachunki
z pęcherzem, otarł elegancko
dłonie o spodnie. Potem wyjął
małą fiolkę z kieszeni na
spodniach i skroplił jej
zawartością oczy. Specyfik po
pewnym czasie rozszerzał nieco
źrenice. Nie za dużo, by Kalit
widział wszystko wyraźnie.
Zanim jeszcze wyszedł,
pociągnął kilka łyków z
piersiówki wiszącej mu na szyi.
Skrzywił się mocno. W środku
miast wódki znajdował się olej.
Ponoć spowalniał działanie
alkoholi, a także gn'h. Oby
wystarczająco długo.
~oOo~
Kalit bez
problemu naśladował działanie
narkotyku. Wiele razy widział
dzieciaki, niszczące sobie
życie tym świństwem. Ów obraz
wrył mu się w pamięci
ciężkim dłutem.
Kiedy
portowiec zaczął tańczyć na
stole, a potem dziwnym trafem
podłoga zderzyła się z nim,
Michael zdecydował, że
polowanie zakończone. Teraz
trzeba jedynie wypatroszyć
ofiarę.
-
Przejdziemy się na spacer
przyjacielu? - wyszczerzył zęby
w chytrym uśmiechu. Nie dbał
już o pozory, wierzył w
oszołomienie portowca. - Pokaże
skąd razem z Billem bierzemy te
cudeńka...
Kalit tylko
skinął głową. Udawanie kogoś
nieprzytomnego oraz jednoczesne
zachowanie całkowitej
przytomności umysłu łatwym nie
było. Powlókł nogami w stronę
wyjścia, po drodze roztrącając
napotkane krzesła. Tak naprawdę
jeszcze nie czuł działania
narkotyku. Jeszcze. Pozostało
tylko wierzyć w moc oleju. Kalit
miał ochotę postukać się w
ten pusty łeb.
~oOo~
O tej porze
ulice lśniły pustkami. Kalit
nie czekał, aż blondas
wprowadzi go do najciemniejszego
zaułka w mieście. Nie mógł. W
końcu wzięły go zawroty głowy.
Czyste,
mocne pchnięcie w plecy. Nic
eleganckiego. Na wysokości
prawego płuca, by nie
wrzeszczał. Powinien go "jedynie"
skatować, ale zwyczajnie nie
miał siły. Zresztą wciąż
widział te zielone, zaćpane
oczy Sam.
-
Wybacz Michael - wyszeptał do
trupa. - Niech cię pocieszy
myśl, że ty od początku
chciałeś mnie zabić, ja ciebie
tylko pobić. Nie pociesza? -
odwrócił się na pięcie. -
Jakoś mnie to nie dziwi....-
odrzekł w stronę rozmywającej
mu się pod stopami ulicy.
Ruszył
biegiem do domu. Musiał
zdążyć zanim straci nad sobą
kontrolę. Często u nowicjuszy gn'h
powodowało omdlenia. Leżeć
nieprzytomnym na środku
Mennyport? Niezbyt dobry pomysł.
~oOo~
To był
pamiętny wieczór. Choć Kalit
pamiętał z niego niewiele.
Rzyganie, omdlenia, halucynacje,
histeryczny śmiech (chyba jego),
otępienie... I tak w kółko.
Zresztą, cześć działania gn'h
została zupełnie
zneutralizowana przez olej.
Mężczyzna nawet nie chciał
sobie wyobrażać, jak
zadziałałaby na niego pełna
dawka. Mocna rzecz. Może się
przyda - na otumanienie wrogów.
Wieść o
śmierci Michaela nie rozniosła
się wielkim echem po mieście.
Kto miał wiedzieć, ten
wiedział. Portowca odwiedził
goniec. Treść listu była krótka.
Dobra
robota. Wieczorem w "Ognistej
Różyczce".
Karczma
Billa. Kalit po cichu liczył,
że zadanie przydzieliła mu
kochająca matka, zrozpaczona
śmiercią syna lub wierna
kochanka, wciąż tęskniąca za
narzeczonym. Wiedział, że
zabił skończonego sukinsyna.
Miał nadzieję, iż nie uczynił
tego jedynie dla złota.
~oOo~
Kalit usiadł
swym zwyczajem przy szynku.
Rozglądał się nerwowo po
karczmie. Chciał już poznać
zleceniodawcę. Wzrokiem
poszukał również Samanthy. Nie
dojrzał nic ciekawego.
-
Dobra robota - rozległ się
głos za jego plecami. Tak dobrze
mu znany, ociekający fałszem
głos.
-
Bill... - portowiec próbował
ukryć zdziwienie.
-
A jakże. Twój najdroższy Bill
- szczurkowatą twarz
wykrzywił grymas, który miał
bodajże uchodzić za uśmiech. -
Sprawnie oraz szybko. Mile mnie
zaskoczyłeś. Gdy zobaczyłem,
jak przeliczasz złoto,
zmartwiłem się - pokiwał
głową, samemu sobie
przytakując. - Myślałem, że
skoro zarobiłeś ostatnio suto,
nie będziesz miał ochoty na
wykonanie zadania ode mnie.
Bill wyszedł
na zaplecze, zostawiając
skonsternowanego Kalita samego.
Po chwili wrócił z małą
skrzyneczką w dłoniach.
Położył ją przez najemnikiem,
mówiąc cicho.
-
Odliczone, możesz sprawdzić.
-
Zaraz. Wpierw, czy mógłbyś
odpowiedzieć na parę moich
pytań? - powiedział tonem, który
wskazywał, że odpowiedź na
pytanie może być tylko
twierdząca. I była. - Dlaczego
zrobiłem, to co zrobiłem?
-
Dla złota - widząc groźne
spojrzenie portowca, karczmarz
nieco spotulniał. - Wiesz,
konkurencja. Nie dosyć, że
sprzedawał gn'h, to
jeszcze zabijał mi najlepszych
klientów. Młodzi, nierozważni,
bogaci... Uwielbiam takich.
-
Nie wiem co oboje się
uczepiliście tej młodości. A
stary to niby mądry? - odrzekł
kwaśno. - Jeszcze jedno pytanie
i opuszczam ten wspaniały
przybytek. Gdzie jest ta
dziewczyna, o której mi opowiadałeś?
-
A jednak cie zaciekawiła... -
chytra mina w mig powróciła na
chudy ryj. - Ostatnio często
bywa u cyrulika, tego najbliżej
rynku. Zdaje się, że jest w
stanie błogosławionym -
zaśmiał się wrednie. - Tak czy
siak będzie tu przychodzić.
Dzieciak nauczy się ćpać,
zanim w ogóle przyjdzie na
świat.
-
Z tego co zrozumiałem, wolała
kobiety.
-
Jak się nie ma co się lubi, to
się lubi co się ma - znów
rozległ się ochrypły rechot
Billa.
Kalit zbierał
się do wyjścia. Miał dosyć
tego miasta i jego zasad.
Planował przeprowadzkę do
jaskini i wpierdzielanie korzonków.
Zatrzymał go jeszcze głos
gospodarza.
-
Właśnie, Kalit! Nie znasz
jakiegoś frajera, co ma ochotę
na złoty interes?
-
Hm, a co? - spytał bez
przekonania.
-
Jeden klient miał u mnie dług,
a jak nie zapłacił za
dziewczynkę to już nie
wytrzymałem. Chwilę go z
chłopakami przekonywałem, żeby
jednak zapłacił za wszystko.
Wcisnął mi zakrwawioną łapką
- sadystyczny blask w szparce,
zwanej okiem Billa, mówił za
siebie - akt własności karczmy,
leżącej spory kawałek stąd.
Ponoć odziedziczył po dziadkach...
-
Na pewno ucieszyliby się, że
wnuczek przehandlował dorobek
ich życia za panienkę -
wtrącił ironicznym tonem Kalit.
-
Nieważne. Tak czy owak, ta
rudera stoi w Galimorze.
Wysłałem jednego z chłopców
by sprawdził, jak budynek
wygląda i czy w ogóle istnieje
- karczmarz potarł w
zamyśleniu nos. - Na początku
chciałem rozwinąć interes,
nadzorować prace również w
tamtej gospodzie. Nie warto. Za
daleko i ani chybi, parę
miesięcy, a ruina rozpadnie się
do końca.
-
Powiedzmy, że ja jestem owym
frajerem - mina Kalita w żaden
sposób nie wskazywała, że mógłby
żartować. Mówił całkiem
poważnie.
-
Ach, zabytki są oczywiście
bardzo wartościowe. Historia
przyciąga podróżników -
szczurek rozpoczął nagłe
wychwalanie rudery.
-
Ile? - najemnik przerwał mu
ostro.
-
Cóż... Zawartość skrzyneczki
i tej wypchanej sakwy, z którą
się tak od paru dni obnosisz -
w tym momencie Bill stał się
wręcz uosobieniem chytrości.
Kalit zupełnie
zapomniał, że ciągle nosi przy
pasie fałszywe złoto. Z
udawanym wahaniem rzucił Billowi
sakiewkę. Po chwili otworzył
skrzyneczkę i wyjął z niej
połowę senlrnili dla
siebie.
-
Bierzesz, albo podetrzyj się tym
aktem - powiedział podając mu
skrzynkę.
Bill
rzucił się łapczywe spojrzenie
Kalitowi, lecz przyjął
zapłatę bez większego namysłu.
Wygrzebał spod pazuchy akt
własności rudery i podał go
portowcowi. Karczmarz był
zadowolony. Uważał, że ubił
świetny interes. Wielu ludzi w
historii tak sądziło, a się
myliło.
~oOo~
Kalit
spojrzał na niknące w oddali
Mennyport. Przez siodło miał
przewieszoną nieprzytomną
Samanthę. Wiedział, że
utrzymanie jej z dala od gn'h,
aż do porodu, łatwe nie
będzie.
~oOo~
Nigdy wcześniej
nie asystował przy porodzie.
Musiał przyznać, że to był
najokropniejszy widok jego życia.
Udało się, przeżył. Matka i
dziecko też. Samantha kazała
Kalitowi wziąć bachora i
zostawić ją w spokoju. Zrobił
jak kazała. Niech ziemia lekką
jej będzie.
~oOo~
Trzymał
niemowlę w wyprostowanych
rękach, niczym kruchy, acz
bezcenny wazon.
-
Ciekawe jak się to hoduje... -
wymruczał do siebie, za
odpowiedź usłyszał wesołe
kwilenia dziecka.
Stał przed
zniszczonym wejściem do karczmy.
Jedynym co nie wymagało naprawy
był szyld "Pod Pijanym Smokiem".
Kalit postanowił zostać przy
tej nazwie. Nie miał głowy do
wymyślania nowej. Nie miał tez
głowy do imion.
-
No właśnie... Jakie chcesz
imię?
Ulicą
przebiegła mała dziewczynka.
Wyraźnie coś nabroiła, gdyż
uciekała przez kobietą w wieku
Kalita. Pewnikiem matką.
-
Lidia! Stój! Zaraz ci skórę
wygarbuję, ty mała... -
krzyczała nieznajoma.
-
Lidia? - odrzekł do niemowlęcia
Kalit, nie zwracając już uwagi
na pogoń. - Może być. Tylko
moja droga Lidio czy umiesz
gotować? - dziewczynka, jakże
słodko, zaśliniła się w
ramach odpowiedzi. - Tak
myślałem. Za to ja tylko ryby
smażyć umiem - złapał
dziecko nieco pewniej. - W tej
naszej gospodzie, jedzenie
wyborne nie będzie... Trudno -
wzruszył ramionami i
przekroczył próg karczmy.
~oOo~
-
Tato...
-
Tak słonko?
-
Nie znam twojego imienia. Inni
mają imiona.
-
Jestem Ka... Karczmarz, kochanie.
Zwykły, prosty karczmarz. Po co
mi imię?
|