Numer: 1 2 3 4 5
 
 

Shiszka pamięta a TY ?

Przy szynku siedział szczupły mężczyzna. Człek przeciętnej urody, na oko trzydziestoletni o krótkich brąz włosach i ciemnej karnacji. Miał na sobie za luźną koszule oraz całkiem poszargane, płócienne spodnie. Wychylił czwarty z kolei kufel piwa, wolną dłonią przywołując gospodarza do siebie.

-         Jeszcze jedno Bill - odrzekł portowiec i rzucił kilka monet na blat.

-         Pustki dziś - odpowiedział chudzielec o chytrej, nieco szczurzej twarzy. Podsunął pełny kufel pod nos Kalit'a. - Opowiedzieć ci coś?

-         Nie mam nic innego do roboty.

-         Znasz moich klientów, większość to pijaczyny, niektórzy nawet odurzają się jakimiś ohydnymi ziołami.

-         Sam im je sprzedajesz - wtrącił.

-         No, nieważne. Ostatnio pojawił się tu ktoś, kto bije wszystkich na głowę - odchrząknął, udając pewne zniesmaczenie. - Osoba ta nie dosyć, że nigdy nie jest przytomna, to zaczepia każdą napotkaną panienkę. Choć po paru głębszych już obojętne czy to babeczka czy facet - uśmiechnął się wrednie, widząc grymas Kalit'a. - Zresztą dzięki temu ubijam niezły interes. Wynajmuje regularnie moje dziewczęta, kupuje trunki, a i mocniejsze rzeczy... Czasami zarzyga wychodek, ale cóż żaden klient nie jest idealny.

-         Bill, po cholerę mi to mówisz? - powiedział zirytowanym głosem Kalit. - Znałem wiele takich szumowin, co w tym ciekawego?

 

Gospodarz spojrzał ukradkiem na drzwi wejściowe. Wąskie szparki, które służyły mu jako oczy, patrzyły wyczekująco. W sali siedziało dwóch pijaczków, jedna panna, a przy szynku Kalit. Karczma lśniła pustkami, gdyż muzycy pochorowali się jak jeden mąż, a dziewczynki uparły, że bez melodyjki to nie potańczą. Bill doszedł do wniosku, że za bardzo im pobłaża. Następnym razem sam wystuka melodie - kijem po plecach.

 

-         Zaraz się pojawi. - liczył, że mimo nudnej atmosfery Sam i tak przyjdzie. Nie zawiódł się - O! Poznaj osobę, o której ci mówiłem. I właśnie to jest w tym ciekawe - powiedział cicho, bardziej do siebie, niźli do towarzysza.

 

Kalit odwrócił się bez większego przekonania. Kiedy jednak ujrzał postać w drzwiach, poczuł, że albo sufit spadł mu na głowę, albo ziemia go pochłonęła. Samantha, gdyż tak było na imię dziewczynie, miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu i długie jasne włosy. Tak młoda i niewinna, zdawałoby się.

 

-         Ty żartujesz... - powiedział cicho. Znał odpowiedź.

-         Dobrze wiesz, że nie - odparł gospodarz, a chytry wyraz twarzy nie opuszczał go ani na chwile.

 

Kalit tylko skinął głową. Na moment ich spojrzenia się spotkały. Zielone oczy dziewczyny, o nienaturalnie dużych źrenicach oraz jego brązowe ślepia. Wstał i bez słowa pożegnania wyszedł z karczmy. Nie zauważył kropli deszczu siekących w jego oblicze. Jedyne, co czuł to żal.

 

~oOo~

 

Drzwi zaskrzypiały nieprzyjemnie. Kalit rzucił przemoczony płaszcz na krzesło. Skrzywił się usłyszawszy chrzęst papieru. Znowu wlazł na list, który jakże inteligentnie ktoś wsunął mu pod drzwi. To pewnie kolejne zlecenie, pomyślał. Mężczyzna w czasie sezonu łowił ryby, czasami udało mu się także załapać pracę na statku. Najczęściej jednak dorabiał, wykonując często drobne, nieczęsto większe zadania dla innych. Był portowcem i to od wyjątkowo mokrej roboty. Raz nawet dostał zlecenie od pewnego kleryka. Śmieszna historia.

Kalit wbił wzrok w podłogę. Istotnie, do buta przykleił mu się kawałek pergaminu. Większość uważała, że najbezpieczniej jest wrzucić liścik wprost do jego pokoju. Głupota, szczególnie, że nie zamykał drzwi na klucz. Podniósł nogę i wyjął spod niej ubłoconą kartkę. Na szczęście atrament nie uległ rozmazaniu. Rozejrzał się jeszcze po pokoju w poszukiwaniu złota potrzebnego na wykonanie zadania. Monety leżały na wytartym dywanie, ułożone w równą kupkę. Czyli pracodawca wiedział o otwartych drzwiach. Wolał jednak nie zostawiać gospodarzowi kamienicy ani listu, ani senlrnili dla Kalita. Widać za wszelką cenę chciał pozostać anonimowy. Ciekawe.

Brązowe oczy szybko prześledziły treść listu. Bez podpisu. Tak jak się spodziewał. Jeśli coś nie wypali, cała wina spadnie na Kalita.  Portowiec zazwyczaj nie przyjmował zleceń na skatowanie kogoś. Bywały wyjątki. Takowy właśnie się zdarzył.

 

~oOo~

 

Katarynka. Tak młody szczyl, a raczej obaj, nazywali to dziwne, grające pudło. Rzępoliło niemiłosiernie.

 

-         Pierwszy, prawda? - spytał Kalit.

-         Tak, tak... Prawie zawsze zgadujesz - odpowiedział chłopak, jeszcze szybciej kręcąc korbką.

 

Bliźniacy byli najlepiej poinformowanymi ludźmi w mieście. Przynajmniej tak wynikało z wiedzy Kalita. Udawali jednego człowieka. Gdy Pierwszy chodził na zwiady, Drugi wprawiał tą piekielną machinę w ruch. I na odwrót. W ten sposób jednocześnie zdobywali oraz sprzedawali informacje. Oficjalnie chłopaczek żył z grania na tej katarynce. Nieźle mu szło, gdyż nikt inny w mieście takiego instrumentu nie posiadał. Ponoć malec dostał go od zmarłego ojca. Ckliwe bzdury.

Portowiec schylił się i wrzucił do puszki stojącej na ziemi kilka senlrnili.

 

-         Pięknie grasz chłopcze, może jednak urozmaicisz swą grę pieśnią - odrzekł fałszywie. - Może o pewnym jegomościu zwanym Michaelem?

-         Zaiste piękna to gra, więc złota więcej warta - oblicze chłopaka nie wyrażało żadnych emocji.

-         Śpiewaj, albo zabiorę co wrzuciłem - rozmowa z Pierwszym nigdy nie należała do łatwych. - Zwyczajowa stawka, a ty domagasz się więcej. Nie taka była umowa.

-         Czasy i umowy się zmieniają, Kalicie. Stawka rośnie - trącił stopą, nieco sugestywnie, puszkę przed sobą. - A historia aniołka Michaela warta więcej niż normalna stawka. I tak dostajesz obniżkę, po starej znajomości.

 

Kalit nie wierzył w ani jedno słowo tyczące rzekomej obniżki, tylko dla niego. W Mennyport wszyscy byli łapczywi na złoto niczym hieny cmentarne. On także. Z ociąganiem pochylił się i dorzucił jeszcze parę monet do puszki.

 

-         Starczy mała żmijo.

-         Jestem artystą - odpowiedział butnie, lecz po chwili już obojętnym głosem dodał. - Co chcesz wiedzieć?

-         Słyszałem, ze Michael, że tak ujmę... Niszczy ludzi. Nie wiem jak dokładnie to wygląda. Porwania, grabieże, a potem mord?

-         W ostateczności. Stosuje różne metody. Zazwyczaj poluje na młodych, głupich i chętnych wrażeń - katarynka wygrywała wciąż tę samą melodie, dopasowując się do monotonnego głosu chłopaka. - Oraz oczywiście bogatych. Najczęściej rozpieszczonych synków handlarzy - pierwszy raz w słowach jego rozbrzmiał wredny ton. Widać za którąś z ofiar nie przepadał. - Michael daje im to świństwo, gn'h. Nieszkodliwe ziółka na poprawę humoru, jak powiadają. W końcu wmawia im jakieś bajki o współpracy, zyskach i uniezależnieniu od rodziców. Bachory pojawiają się ze złotem na rozkręcenie interesu, dostają po pustej głowie i tyle z tej bajki.

-         Rodzina? - gdy słuchał Pierwszego, przed oczami stanęła mu dziewczyna widziana u Billa. Znów poczuł żal.

-         Milczy. Każdy dzieciak uszczknął nieco ze skarbca, a potem zniknął. Czym tu się chwalić? - chłopak wzruszył ramionami. - Nawet jeśli zgłosili zaginięcie Strażnikom, owi brali to za szczeniacki wybryk. Ciał nie odnaleziono. Zaś inne rodziny miały się z czego śmiać. Oczywiście, póki im się to samo nie zdarzy - znów ta wredna nutka. Ciekawe, kim była osoba, która tak bardzo zirytowała Pierwszego, by ten okazywał jej jawną wrogość.

-         Ostatnie pytanie. Gdzie mogę znaleźć aniołka?

-         Nie osiadł nigdzie na stałe. Krąży między karczmami, szukając bogatych idiotów. O co, w tym mieście nietrudno - Pierwszy zdjął z głowy kanciasty kapelusik i skłonił się dwornie przed Kalitem. Pieśń zakończona, lecz muzyka dalej grała.

 

~oOo~

 

Nie grzeszył bogactwem, a z głupotą różnie bywało. Młodzikiem zaś nikt go już nie nazywał. Niewiele jednak w tym mieście rzeczy szczyciło się mianem prawdziwych, nieoszukanych. Kalit mógłby udawać kobietę, albo i dwie. Zaraz krążyłaby plotka o dwóch, nowych paskudach w Mennyport.

Wyjął spod łóżka wypchaną sakiewkę. Wewnątrz błyszczały złote monety. Sztuczne złote monety, tak dla uściślenia. Pamiątka po nieszczęsnym zleceniu kleryka. W końcu na coś się przydadzą.

 

~oOo~

 

Kalit począł mozolnie przeliczać, co do eltina, zawartość sakwy. Zadbał o to by być dobrze widocznym. Na razie zdziwił go jedynie grymas Billa spowodowany widokiem owego złota. Karczmarz powinien się cieszyć, że klient ma czym zapłacić. Tak czy siak szczurek na pewno opowie każdemu, że widział Kalita z nadmiarem funduszy. I oto chodziło.

 

-         Prosty portowiec proponuję pięknej damie kufelek piwa - zagadnął najbliższą kobietę.

 

Nie była damą, a już na pewno nie była piękna. Szkoda. Przynajmniej Kalit mógłby mieć nieco przyjemności z wydawania prawdziwego złota na jakieś łatwe panienki. A tu ciągle praca i  praca... Na dokładkę przez swój fortel musiał uważać nie tylko na Michaela, ale również na wszystkich zbirów wypatrujących okazji do grabieży. Kalit chciał się wydawać taką właśnie okazją.

 

~oOo~

 

Kilka dni łażenia po jakże urokliwych spelunach. Michael już od godziny siedział naprzeciw Kalita, uśmiechając się przyjaźnie. Blond włosy, błękitne oczy, pogodna twarz. Naprawdę przypominał aniołka. Wyjątkowo zepsutego wewnątrz.

 

-         Wyglądasz mi przyjacielu na człeka z głową do interesów...- odrzekł ciepłym, uspokajającym i wyjątkowo pedalskim głosem Michael.

-         Oh, tam! Może morda już na słońcu sparzona i pomarszczona, ale o interesach nie myślę. Nawet nie wiesz, ile złota wydaję na panienki i piwko. Oraz rzecz jasna na  gn'h - usta portowca wykrzywił głupawy uśmiech. - Nie wiem skąd Bill bierze to zielsko, ale jest genialne! Żaden to jednak interes, tylko ciągłe wydatki - odrzekł, potrząsając wypchaną sakwę.

-         Ach, rozumiem... - oczy Michaela wyraźnie pojaśniały. Wałkoń wydawał się jeszcze głupszy niż powszechnie gadano. - Mój przyjacielu, ja też prosperuję pewnymi ilościami gn'h. Specjalnie dla ciebie, obniżka - powiedział, dłońmi pokazując rzeczoną sumę.

 

Kalit zadał sobie w duchu pytanie, co tych wszystkich ludzi wzięło ostatnio na rzekome zmniejszanie cen. Czy naprawdę portowiec miał na czole wymalowane "idiota"... Cóż, tym lepiej.

 

-         Hm.... Cieszę się. Jeśli te ziółka będą lepsze,  może zmienię dostawce! - oblicze mężczyzny wręcz promieniało radością. Wyłuskał z mniejszej sakwy prawdziwe senlrnili. Nie próbował używać fałszywek, za duże ryzyko.

-         Widzę żeś niecierpliwy przyjacielu - blondyn podsunął mu zwitek ziół pod nos. - Miłego żucia.

-         To ja pójdę do wychodka i tam się poczęstuję. W tej spelunie jestem dopiero drugi raz, lepiej na samym początku nie podpadać - tutaj Kalit popełnił błąd. Nagle wykazał się szczątkową rozwagą, a także niewiedzą względem miejsc typu "Królowej Mórz", czyli burdeli, a zarazem karczm w jednym.

-         Co ty gadasz? Bierz śmiało, tak jakby ktokolwiek się tu z tym krył - Kalit obawiał się takiej odpowiedzi.

-         Racja, racja - odpowiedział lekkim tonem. - Tyle, że ja naprawdę muszę do wychodka. Piwka robią swoje. Wrócę za chwilkę - wstał, klepiąc się po brzuchu. Z ust nie znikał głupawy uśmiech.

 

Po chwili zniknął za drzwiami, wokół których roztaczał się aromat uryny. Gdy już załatwił swoje rozrachunki z pęcherzem, otarł elegancko dłonie o spodnie. Potem wyjął małą fiolkę z kieszeni na spodniach i skroplił jej zawartością oczy. Specyfik po pewnym czasie rozszerzał nieco źrenice. Nie za dużo, by Kalit widział wszystko wyraźnie. Zanim jeszcze wyszedł, pociągnął kilka łyków z piersiówki wiszącej mu na szyi. Skrzywił się mocno. W środku miast wódki znajdował się olej. Ponoć spowalniał działanie alkoholi, a także gn'h. Oby wystarczająco długo.

 

~oOo~

 

Kalit bez problemu naśladował działanie narkotyku. Wiele razy widział dzieciaki, niszczące sobie życie tym świństwem. Ów obraz wrył mu się w pamięci ciężkim dłutem.

Kiedy portowiec zaczął tańczyć na stole, a potem dziwnym trafem podłoga zderzyła się z nim, Michael zdecydował, że polowanie zakończone. Teraz trzeba jedynie wypatroszyć ofiarę.

 

-         Przejdziemy się na spacer przyjacielu? - wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu. Nie dbał już o pozory, wierzył w oszołomienie portowca. - Pokaże skąd razem z Billem bierzemy te cudeńka...

 

Kalit tylko skinął głową. Udawanie kogoś nieprzytomnego oraz jednoczesne zachowanie całkowitej przytomności umysłu łatwym nie było. Powlókł nogami w stronę wyjścia, po drodze roztrącając napotkane krzesła. Tak naprawdę jeszcze nie czuł działania narkotyku. Jeszcze. Pozostało tylko wierzyć w moc oleju. Kalit miał ochotę postukać się w ten pusty łeb.

 

~oOo~

 

O tej porze ulice lśniły pustkami. Kalit nie czekał, aż blondas wprowadzi go do najciemniejszego zaułka w mieście. Nie mógł. W końcu wzięły go zawroty głowy.

Czyste, mocne pchnięcie w plecy. Nic eleganckiego. Na wysokości prawego płuca, by nie wrzeszczał. Powinien go "jedynie" skatować, ale zwyczajnie nie miał siły. Zresztą wciąż widział te zielone, zaćpane oczy Sam.

 

-         Wybacz Michael - wyszeptał do trupa. - Niech cię pocieszy myśl, że ty od początku chciałeś mnie zabić, ja ciebie tylko pobić. Nie pociesza? - odwrócił się na pięcie. - Jakoś mnie to nie dziwi....- odrzekł w stronę rozmywającej mu się pod stopami ulicy.

 

Ruszył biegiem do domu. Musiał zdążyć zanim straci nad sobą kontrolę. Często u nowicjuszy gn'h powodowało omdlenia. Leżeć nieprzytomnym na środku Mennyport? Niezbyt dobry pomysł.

 

~oOo~

 

To był pamiętny wieczór. Choć Kalit pamiętał z niego niewiele. Rzyganie, omdlenia, halucynacje, histeryczny śmiech (chyba jego), otępienie... I tak w kółko. Zresztą, cześć działania  gn'h została zupełnie zneutralizowana przez olej. Mężczyzna nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak zadziałałaby na niego pełna dawka. Mocna rzecz. Może się przyda - na otumanienie wrogów.

Wieść o śmierci Michaela nie rozniosła się wielkim echem po mieście. Kto miał wiedzieć, ten wiedział. Portowca odwiedził goniec. Treść listu była krótka.

 

Dobra robota. Wieczorem w "Ognistej Różyczce".

 

Karczma Billa. Kalit po cichu liczył, że zadanie przydzieliła mu kochająca matka, zrozpaczona śmiercią syna lub wierna kochanka, wciąż tęskniąca za narzeczonym. Wiedział, że zabił skończonego sukinsyna. Miał nadzieję, iż nie uczynił tego jedynie dla złota.

 

~oOo~

 

Kalit usiadł swym zwyczajem przy szynku. Rozglądał się nerwowo po karczmie. Chciał już poznać zleceniodawcę. Wzrokiem poszukał również Samanthy. Nie dojrzał nic ciekawego.

 

-         Dobra robota - rozległ się głos za jego plecami. Tak dobrze mu znany, ociekający fałszem głos.

-         Bill... - portowiec próbował ukryć zdziwienie.

-         A jakże. Twój najdroższy Bill - szczurkowatą twarz wykrzywił grymas, który miał bodajże uchodzić za uśmiech. -  Sprawnie oraz szybko. Mile mnie zaskoczyłeś. Gdy zobaczyłem, jak przeliczasz złoto, zmartwiłem się - pokiwał głową, samemu sobie przytakując. - Myślałem, że skoro zarobiłeś ostatnio suto, nie będziesz miał ochoty na wykonanie zadania ode mnie.

 

Bill wyszedł na zaplecze, zostawiając skonsternowanego Kalita samego. Po chwili wrócił z małą skrzyneczką w dłoniach. Położył ją przez najemnikiem, mówiąc cicho.

 

-         Odliczone, możesz sprawdzić.

-         Zaraz. Wpierw, czy mógłbyś odpowiedzieć na parę moich pytań? - powiedział tonem, który wskazywał, że odpowiedź na pytanie może być tylko twierdząca. I była. - Dlaczego zrobiłem, to co zrobiłem?

-         Dla złota - widząc groźne spojrzenie portowca, karczmarz nieco spotulniał. - Wiesz, konkurencja. Nie dosyć, że sprzedawał  gn'h, to jeszcze zabijał mi najlepszych klientów. Młodzi, nierozważni, bogaci... Uwielbiam takich.

-         Nie wiem co oboje się uczepiliście tej młodości. A stary to niby mądry? - odrzekł kwaśno. - Jeszcze jedno pytanie i opuszczam ten wspaniały przybytek. Gdzie jest ta dziewczyna, o której mi opowiadałeś?

-         A jednak cie zaciekawiła... - chytra mina w mig powróciła na chudy ryj. - Ostatnio często bywa u cyrulika, tego najbliżej rynku. Zdaje się, że jest w stanie błogosławionym - zaśmiał się wrednie. - Tak czy siak będzie tu przychodzić. Dzieciak nauczy się ćpać, zanim w ogóle przyjdzie na świat.

-         Z tego co zrozumiałem, wolała kobiety.

-         Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma - znów rozległ się ochrypły rechot Billa.

 

Kalit zbierał się do wyjścia. Miał dosyć tego miasta i jego zasad. Planował przeprowadzkę do jaskini i wpierdzielanie korzonków. Zatrzymał go jeszcze głos gospodarza.

 

-         Właśnie, Kalit! Nie znasz jakiegoś frajera, co ma ochotę na złoty interes?

-         Hm, a co? - spytał bez przekonania.

-         Jeden klient miał u mnie dług, a jak nie zapłacił za dziewczynkę to już nie wytrzymałem. Chwilę go z chłopakami przekonywałem, żeby jednak zapłacił za wszystko. Wcisnął mi zakrwawioną łapką - sadystyczny blask w szparce, zwanej okiem Billa, mówił za siebie - akt własności karczmy, leżącej spory kawałek stąd. Ponoć odziedziczył po dziadkach...

-         Na pewno ucieszyliby się, że wnuczek przehandlował dorobek ich życia za panienkę - wtrącił ironicznym tonem Kalit.

-         Nieważne. Tak czy owak, ta rudera stoi w Galimorze. Wysłałem jednego z chłopców by sprawdził, jak budynek wygląda i czy w ogóle istnieje - karczmarz potarł w zamyśleniu nos. - Na początku chciałem rozwinąć interes, nadzorować prace również w tamtej gospodzie. Nie warto. Za daleko i ani chybi, parę miesięcy, a ruina rozpadnie się do końca.

-         Powiedzmy, że ja jestem owym frajerem - mina Kalita w żaden sposób nie wskazywała, że mógłby żartować. Mówił całkiem poważnie.

-         Ach, zabytki są oczywiście bardzo wartościowe. Historia przyciąga podróżników - szczurek rozpoczął nagłe wychwalanie rudery.

-         Ile? - najemnik przerwał mu ostro.

-         Cóż... Zawartość skrzyneczki i tej wypchanej sakwy, z którą się tak od paru dni obnosisz - w tym momencie Bill stał się wręcz uosobieniem chytrości.

 

Kalit zupełnie zapomniał, że ciągle nosi przy pasie fałszywe złoto. Z udawanym wahaniem rzucił Billowi sakiewkę. Po chwili otworzył skrzyneczkę i wyjął z niej połowę  senlrnili dla siebie.

 

-         Bierzesz, albo podetrzyj się tym aktem - powiedział podając mu skrzynkę.

 

Bill rzucił się łapczywe spojrzenie Kalitowi, lecz przyjął zapłatę bez większego namysłu. Wygrzebał spod pazuchy akt własności rudery i podał go portowcowi. Karczmarz był zadowolony. Uważał, że ubił świetny interes. Wielu ludzi w historii tak sądziło, a się myliło.

 

~oOo~

 

Kalit spojrzał na niknące w oddali Mennyport. Przez siodło miał przewieszoną nieprzytomną Samanthę. Wiedział, że utrzymanie jej z dala od gn'h, aż do porodu, łatwe nie będzie.

 

~oOo~

 

Nigdy wcześniej nie asystował przy porodzie. Musiał przyznać, że to był najokropniejszy widok jego życia. Udało się, przeżył. Matka i dziecko też. Samantha kazała Kalitowi wziąć bachora i zostawić ją w spokoju. Zrobił jak kazała. Niech ziemia lekką jej będzie.

 

~oOo~

 

Trzymał niemowlę w wyprostowanych rękach, niczym kruchy, acz bezcenny wazon.

 

-         Ciekawe jak się to hoduje... - wymruczał do siebie, za odpowiedź usłyszał wesołe kwilenia dziecka.

 

Stał przed zniszczonym wejściem do karczmy. Jedynym co nie wymagało naprawy był szyld "Pod Pijanym Smokiem". Kalit postanowił zostać przy tej nazwie. Nie miał głowy do wymyślania nowej. Nie miał tez głowy do imion.

 

-         No właśnie... Jakie chcesz imię?

 

Ulicą przebiegła mała dziewczynka. Wyraźnie coś nabroiła, gdyż uciekała przez kobietą w wieku Kalita. Pewnikiem matką.

 

-         Lidia! Stój! Zaraz ci skórę wygarbuję, ty mała... - krzyczała nieznajoma.

-         Lidia? - odrzekł do niemowlęcia Kalit, nie zwracając już uwagi na pogoń. - Może być. Tylko moja droga Lidio czy umiesz gotować? - dziewczynka, jakże słodko, zaśliniła się w ramach odpowiedzi. - Tak myślałem. Za to ja tylko ryby smażyć umiem - złapał dziecko nieco pewniej. - W tej naszej gospodzie, jedzenie wyborne nie będzie... Trudno - wzruszył ramionami i przekroczył próg karczmy.

 

~oOo~

 

-         Tato...

-         Tak słonko?

-         Nie znam twojego imienia. Inni mają imiona.

-         Jestem Ka... Karczmarz, kochanie. Zwykły, prosty karczmarz. Po co mi imię?

 

 








Pergamin:
1 2 3 4

Nakład: