|
|
|
Święto Walpurgii

|
| |
Nadszedł dzień od tak dawna
zapowiadany. Dzisiejszego wieczoru miało się
odbyć święto Walpurgii. Powiadano, iż karczmarz
gości specjalnych zaprosił, co by uczcić ten
dzień. Gdy wieczór nadszedł, do karczmy wszyscy
zaczęli się schodzić. I choć w kroku i
spojrzeniach ludzi znać było jakąś
niecierpliwość, to tylko karczmarz ją ujawniał w
swych głośnych pokrzykiwaniach.
Tłok w izbie coraz większy się stawał, a i
goście coraz mniej zwyczajni się zjawiali. Gdzie
by nie spojrzeć, to jakaś sława siedziała lub
inna ważna osobistość. Dzisiejszego wieczoru
nikt się nie przejmował tym, że szlachta z
pospólstwem siedzieć będzie. Karczmarz tylko
spod oka spoglądał, obserwując gości stale
przybywających, mrucząc cicho ich imiona.
- Mad Ant, Sayuri... A i Shiszka... A jest i
mości Haros... A tak I Furior, oby tylko stoły
ostawił w spokoju... - gospodarz spojrzał na
wchodzącą Deidrę - I coraz piękniejsze panie...
- szepnął cicho do siebie, wzdychając przy tym.
Na zewnątrz słońce chyliło się ku zachodowi,
kończąc swą codzienną wędrówkę. Na jego
spotkanie księżyc już wyszedł, choć blask jego
słaby jeszcze był. Przed karczmą cisza zapadła,
choć goście pewnikiem sprawy sobie z tego nie
zdawali, mącona jedynie przez cichy szum wiatru,
jakby cała natura zastygła. Na skraju lasu,
który było widać z okien karczmy, wyszła postać
jakaś w płaszcz ubrana i w kaptur twarz
zasłaniający. Z daleka wydawało się, iż płynie w
powietrzu, lecz pewnie złudą to było. Postaci
owej towarzyszył orszak nietypowy. Kruk na
ramieniu przysiadł, dziki kocur na przód się
wysforował, a wilk z tyłu wartę trzymał. Wśród
traw pełgało jeszcze jedno stworzenie, a syk -
gada jakowego zdradzał. Zwierzęta szły spokojnie
obok mężczyzny, a ślepia ich uważnie otoczenie
lustrowały. Nawet one wyglądały dość niezwykle.
Pióra, sierść czy łuski, lśniły w blasku
księżyca, który szybko nabrał swej mocy,
jaśniejąc na niebie. Wokół nich aura biła, dziki
kot szedł niby ogniem otoczony, wąż zaś wodą,
wilk stąpał dostojnie po ziemi, jakby właśnie ją
czcił, kruk wokół siebie poświatę jasną miał -
lekką i złudną, niczym wiatr.
- Czy wiecie wszyscy cóż za święto dziś? To
szczególna noc... - odezwał się Mad Ant wstając
ze swego miejsca w chwili gdy obcy przybysz
przed karczmą się zatrzymał. Nie wszyscy
posłyszeli jego słowa, gdyż pochłonął je gwar
panujący w izbie.
- Nooo... Piękna i szczególna noc... Pewnie
skakałbym z radości gdyby nie to, iż siły nie
mam. - na słowa Mada jedynie Furior zareagował,
dodając jeszcze nieco złośliwie. - Przecie po to
tu jesteśmy nieprawdaż drogi Mad Ancie?
Mężczyzna, który wcześniej z lasu wyszedł,
wolnym krokiem do karczmy wszedł. Tuż za nim do
izby wkroczyły dostojnie wilk oraz kot. Przez
chwilę nadal gwar panował, a obcych niewielu
gości zauważyło. Dopiero gdy zwierzęta swą
obecność oznajmiły, cisza zapadła. Druid kaptur
zrzucił, a zebrani zobaczyli twarz jego czasem
poznaczoną. Włosy brązowe do ramion opadające,
były przetkane siwymi pasmami, tak jak i krótka
broda. Oczy zielone, bystre, a spojrzenie harde,
mimo wieku mężczyzny.
- Witajcie wy, którzyście dziś na święto
przybyli. - rzekł głośno głębokim głosem, w
którym znać było wyraźnie władczą nutę,
zmuszającą gości do posłuchu. Kocur i wilk
bacznie rozglądały się wkoło.
- Noc dzisiejsza niezwykła jest. Pełna magii i
dziwów. Noc duchów, czarów... Noc, którą długo
wspominać będziecie. Dziś to właśnie oddajemy
cześć naturze, magii oraz życiu... Dziś oddajemy
cześć także tym, którzy z tego świata odeszli...
- usta druida wykrzywiły się lekko, co miało
uśmiech imitować. Wniósł ręce do góry i głosem
głębokim wyrecytował. |
- Chwili tej zapada straszna
noc, głucha, upiorna...
Noc nieśmiertelna, sina i grozą potworna...
Świat odrętwiały ciszy bezdusznej milczeniem
Śpi pod snów ołowianych tłoczącym brzemieniem...
Gwiazdy w górze lśnią martwe i zimne boleśnie,
Księżyc jak biała bryła lodu skostniał we
śnie...
I budzi się nagle świat pod tym bladym
lśnieniem...
Tej nocy śmierć objawia nie tylko
wspomnieniem...
Budzą się duchy czyśćcowe, moce potworne...
Obserwujecie bacznie zjawiska te upiorne... |
Po tych
słowach przez chwilę cisza panowała, lecz nagle
oblicze mężczyzny się rozpogodziło, a kolejne
słowa już zupełnie innym tonem powiedział.
- Ale teraz bawcie się. Niech leje się wino,
gorzałka, piwo oraz inne specjały! Niech ludzie
szaleją i życiem się cieszą. Doceńcie to, iż
wasze stopy tej ziemi dotykają i zatańczcie
raźno dla starego druida! - powiedziawszy to, ku
jednemu ze stołów wolnych ruszył, by zasiąść tam
i spocząć przed dalszą częścią wieczoru. Dzikie
zwierzęta niczym na zawołanie, przez drzwi
karczmy wybiegły, pozwalając się gościom bawić w
spokoju.
- Zatem niechaj rozpocznie się Święto! - gdy
druid skończył, w izbie rozległ się okrzyk Mad
Anta, nawołujący do zabawy.
Tak więc uczta się rozpoczęła, a karczmarz
trunków tego wieczora nie zamierzał żałować.
Każdy mógł wypić do woli, oczywiście tyle na ile
mu własna głowa pozwoli. Goście rozsiedli się
wygodniej, pogrążając się w rozmowach lub innych
uciechach. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Jednak choć wszystko zdawało się być sielanką,
można wyczuć było jakieś napięcie, oczekiwanie
kolejnych atrakcji.
Druid skinął lekko głową na karczmarza, dając mu
jakieś znaki. Nie zwracał póki co na siebie
niczyjej uwagi, nie brał także udziału w
zabawie. Obserwował wszystko z boku, a oczy jego
błyszczały z zadowolenia, jakby sam planował coś
jeszcze dla tej gawiedzi.
- Cisza! Do kroćset! - karczmarz głośno zawołał
w stronę gości zza swego szynku, choć dużego
efektu nie osiągnął. Jeno kilka osób posłyszeć
go zdołało.
- Cisza ma być!!! - Shiszka huknęła na całą salę
wspierając ze śmiechem karczmarza w jego
staraniach uciszenia tłumu. - Druid chyba chce
coś powiedzieć. - dodała już nieco łagodniejszym
i nie tak świdrującym tonem, jak wcześniej
wykrzyczane słowa.
Mężczyzna powoli wstał ze swego miejsca. Do
przybytku jak na zawołanie wbiegły zwierzęta.
One także wiedziały, iż nastał czas odpowiedni.
Rycząc głośno, gości na boki rozproszyły,
pozostawiając środek karczmy wolnym. Druid
ruszył do przodu, by pośrodku nich stanąć.
Czekał cierpliwie aż wszyscy wzrok ku niemu
zwrócą.
- Godzina wybiła. - rzekł głośno, tak by poprzez
gwar jeszcze panujący, wszyscy dosłyszeć go
mogli.
- Czas by ci, co magią się parają, pokazali swe
umiejętności. Tak tradycja święta wymaga.
Pokażcie, co potraficie! - huknął radośnie i
spojrzał na osoby, które pokaz miały urządzić.
Sam zaś ku swemu stołu z powrotem ruszył. Tym
razem kot i wilczur zwinnie oraz cicho za nim
podążyły.
Na słowa druida na środek karczmy Gandalf
wyszedł trzymając w dłoni swą różdżkę.
- A więc czas na mnie przyszedł. Poczarować
trochę muszę. - rzekł przygotowując się do swej
magicznej sztuczki - Ethurunda dun demerk! -
głośnym tonem powiedział, a tuż przed nim
pojawiła się kula ognia wirując jak oszalała w
swoim wnętrzu. Po chwili popędziła w stronę
karczmarza trafiając w szafę stojącą nieopodal
niego. Ta szybko zajęła się ogniem, budząc tym
głośne westchnięcie gości, do którego po chwili
dołączyły się oklaski. Jednak ponure spojrzenie
niezadowolonego gospodarza sprowadziło szybko
maga na ziemię.
- Brisingr eitha. - Gandalf pospiesznie
wypowiedział słowa gasząc tym samym ogień. Wolał
się nie narażać na gniew karczmarza. Jednak nie
dość było magii z jego strony. Na jego twarzy
uśmiech się pojawił, po czym kolejne słowa
wypowiedział - Daloi Moi.
Karczma zatrzęsła się w posadach przewracając
przy okazji niektóre stoliki. I nie tylko
stoliki... O czym świadczyły pokrzykiwania i
przekleństwa jakie potoczyły się w stronę maga,
gdy co poniektórym grunt pod nogami się osunął,
nie wiadomo czy to za sprawą maga czy wypitego
alkoholu.
- Eitha. - rzekł szybko Gandalf kończąc tym
samym trzęsienie jakie panowało przed chwilą.
Karczmarz zbierał się niemrawo z podłogi, po tym
jak z łoskotem wylądował na podłodze, mamrocząc
cicho pod nosem.
- Chyba już ten ogień wolałem, aż strach
pomyśleć co oni jeszcze wymyślą.
Nie tylko karczmarz był niezadowolony, sądząc po
zasłyszanych przekleństwach. Jednak był ktoś,
kto inaczej magię pojmował. Potężnie zbudowany
ork wstał ze swego miejsca krzycząc głośno.
- Ja chcieć iść i pokazać wam prawdziwa magia, a
nie iluzja prosta! - ork wyszedł na chwilę z
izby i wrócił po kilku minutach z kilkoma drwami
i słomą, które rozłożył na środku izby i
spojrzał na gości - Ja wam pokazać ogień, ale ja
wam pokazać taki prawdziwy, nie to co tu. -
wskazał na szafę, którą wcześniej podpalił
Gandalf - Ja podpalić ten stos drew. - ork
wyszczerzył dumnie kły, wyjął krzesiwo i hubkę,
po czym począł rozpalać ogień. Po kilku chwilach
smuga dymu ukazała się nad stosem drwa, i
niedługo potem ogień wesoło lizał drwa. - Ork
pokazać wam prawdziwy ogień! - ork wyszczerzył
kły szczęśliwy, że pokaz magii mu się udał.
- Zaiste Tensie, prawdziwy ogień... - Mad
zaśmiał się chwaląc poczynania orka. Za brzuch
złapał się ze śmiechu, poklepał poczciwego Orka
po ramieniu, ledwie doń sięgając. Po chwili znów
zasiadł obok Sayuri oglądając pozostałe pokazy
magii.
Druid wstał i lekko skłonił się czarodziejom,
którzy pokazy swe już skończyć zdążyli.
- Serce me się raduje, iż sztuka ta w
zapomnienie nie odeszła. - mężczyzna podciągnął
rękawy swego płaszcza i spojrzeniem obdarzył
swój stół. Na blacie znajdował się dzban z
wetknięta weń różą pojedynczą. Ozdobę stanowiła
jednak nijaką, gdyż wyschła i opadła już.
- Magia wiele odsłoń posiada... Czasami do życia
coś powołuje...- dotknął opuszkami palców
płatków wyschniętych. Kwiat z powrotem kolorów
nabrał i uniósł liście ku powale.
- Innym razem śmierć przyzywa. Zatem nie bądźcie
dufni w sobie. - oczy jego zaiskrzyły
intensywniej nawet niż podczas pokazu magii
oglądania.
- Postraszę was dzieci drogie... Otwórzcie
okiennice, co by światło księżyca nas
pobłogosławiło. Lampy oraz świece zagaście!
Ogień niech pełga jedynie wewnątrz paleniska
karczemnego.- druid palcem wskazał kominek.
- Niech księżyca jasność blada oraz ognia
płomień żywy, zatańczą razem! Tylko żwawo! -
Wilczur oraz kot przepędzili ludzi z środka
gospody i zagonili do lamp zagaszania oraz okien
otwierania. Druid czekał w ciszy aż wszyscy
zrobią co kazał. Gdy już polecenie zostało
wykonane zwrócił się do zgromadzonych w
panującym teraz półmroku.
- Noc Beltany, Nocą Walpurgii zwana... To czas
duchów, które z zaświatów znów wśród żywych
witają. Nastała godzina... - ręce ku górze
wzniósł i krzyknął wzniośle.
- Czyśćcowe duszyczki! Zgonu posły!
Sidła zastawiam, więc chodźcie!
Dwie siostry przybyły,
Jedna od drugiej piękniejsza.
Noc i Śmierć tańczą z nami.
Tańczcie i duchy!
|
Dłoń jedną skierował w stronę
okna, drugą ku płomieniom pełgającym w kominku.
Wykonał ruch jakoby światło ognia oraz księżyca
splatał. I tak też się stało. Złoto połączyło
się ze srebrem, chłód oplótł gorąco. Kruk na
zewnątrz zakrakał złowróżbnie, wąż syczał bez
ustanku, wilk zawył upiornie, a kot zjeżył
sierść jakby gotów do ataku. Aura wokół druida
wzmogła się, a wraz z nią w zebranych uderzało
na przemian zimno oraz gorąco potworne. Ostatnie
uderzenie było najsilniejsze. Druid opadł na
kolana, dysząc ciężko.
- Jael'erze wzywam cię... - na te słowa ogień w
kominku buchnął żywiej. Płomienie spod okapu
uciekły i na sekundę powały sięgnęły. Pojawił
się duch. Mężczyzna wysoki z ohydną szramą na
policzku. Ubrany w powyginaną zbroję, jakby
dopiero wrócił z walki. I tak też było, wrócił
wśród żywych z walki, podczas której zginął...
Uśmiechał się upiornie, przyglądając zebranym,
oczyma węgle przypominającymi. Nim druid zdołał
zareagować, duch opętał mężczyznę siedzącego
najbliżej.
- Szlag by was... - Furior zaczął gniewnie,
jednak nie dokończył bo z krzesła na podłogę, na
kolana się osunął. Krew jeszcze z ust jego
popłynęła. Po chwili wstał, powoli uniósł się z
kolan. Na twarzy jego upiorny uśmiech wręcz
widniał. Krew rękawem koszuli otarł i dłonią po
twarzy przesunął.
- No, no - mruknął zadowolonym, lecz jakże
pustym głosem Furiora. - To mi się podoba -
zimnym wzrokiem po zebranych powiódł.
Druid wzniósł ręce wysoko. Widać nie skończył
jeszcze swych przywołań.
- Eldornie przybądź w tę noc wspaniałą! -
mężczyzna znów srebrzyste i złote światło splótł
w wir jeden. Gdy powietrze zastygło w miejscu,
miast wiru postać zjawy się pojawiła. Po szacie
długiej i różdżce w ręku ściskanej, znać było
czarownika. Błękitne ślepia były pełne
nienawiści. Spozierały spod krzaczastych brwi na
zebranych, niczym na ofiary jakowe. Złapał
mężczyznę wybranego za szyje i w jego ciało się
wślizgnął szybko.
Goście bacznie obserwowali wydarzenia z
przestrachem w oczach, ale i z podziwem dla mocy
druida. Z tyłu gdzieś rozbrzmiewały dźwięki
strun gęśli uderzanych przez smoczycę.
Vard Lordthem nagle zaczęły wstrząsać drgawki, w
kącikach ust pojawiła się biała piana a oczy
stanęły w słup błyskając na zebranych
zakrwawionymi białkami. Momentalnie drgawki
ustąpiły, a mężczyzna upadł na podłogę. Oddech
miał krótki i chrapliwy.
- Kto mnie nęka w mej samotności!? - zagrzmiał
na zebranych nienaturalnie niskim głosem
podnosząc się z ziemi.
- Skoro Jael i Eldorn już rozrabiają, czemuż by
kolejnej duszyczki nie wezwać. - driud skierował
swe spojrzenie na księżyc za oknem lśniący.
- Szifra chodź do nas... - wyszeptał tym razem.
Srebrzysta, oślepiająca poświata skumulowała się
na moment obok druida. Tam też pojawił się
duszek kolejny, drobnej kobietki, ubranej
skromnie. Już po sylwetce widać było, iż
złodziejstwem się parała. Wzrok jej po gościach
błądził, błyskawicznie w jedną z kobiet
wtargnęła, nad jej ciałem władzę biorąc.
Ciałem Sayuri przeszedł dreszcz, nie wiedziała,
co się z nią dzieje. Nie mogła nabrać powietrza,
czuła, iż się dusi.
- Nareszcie - dał się słyszeć piskliwy głosik-
Po tylu latach wróciłam. - kobieta zaczęła
chichotać.- Rączki mnie świerzbią, ach!! -
rozejrzała się po zebranych i śmiać się zaczęła
głośno.
Przez minut kilka jeszcze spokój panował, lecz
nie trwało to długo. Duchy wolność poczuwszy ku
gościom ruszyły, chaos przy tym wielki
wywołując. Wojownik wykrzykiwał przekleństwa
jakby do bitwy jakiejś się szykując. Mag także
towarzyszem dobrym się nie okazał. Dufny w sobie
i nie znoszący jakiejkolwiek krytyki. A gniew
jego mógł okazać się dość surowy, także kto mógł
schodził mu z drogi.
Najbardziej towarzyskim duchem była Szifra.
Wprost dusza towarzystwa... Jakże spragniona...
Sakiew i złota innych...
Chaos jaki zapanował w karczmie trudno było
ogarnąć. Karczmarz schował się gdzieś, nie chcąc
stać się kolejną ofiarą czarów czy duchów.
Jednak i to było za mało. Druid coś jeszcze miał
w zanadrzu.
- Cisza! - wrzasnął na gardło całe. Dziwnym
mogło się to zachowanie wydać, lecz druid
zamachnął rękoma i krzyknął jeszcze raz. - Cisza
ma być! - nutka magii sprawiła, że nawet osoby
opętane zastygły w bezruchu. Gdy wszystko się
uspokoiło druid rzekł. - I zagość wśród nas
duchu ostatni... Ty nie opętasz nikogo, ty
gościem tu będziesz... Duchu ostatni wszystkim
znany przybywaj! Przybądź Tomie Bombadilu! -
Druid zakręcił się wokół a powietrze zawirowała
silnie. Magiczna wichura wręcz w karczmę
wtargnęła. Mężczyzna opadł na kolana z
wyczerpania, a w sali pojawiła się znana
wszystkim zjawa.
Do izby przeniknęła przedziwna mgła. Z niej
pojawiać się począł kształt. Kształt sporej
postury barbarzyńcy.
Duch barbarzyńcy powoli przemykał się po
karczmie obserwując zgromadzonych z uśmiechem.
Powoli pogładził ręką po malowidłach, które
ściany karczmy zdobiły jakby chciał zapamiętać
je lub coś sobie z nich przypomnieć. Po chwili
błysk czerwony w oczach jego się pojawił.
Otworzył usta i powoli wyszeptał.
- Pokazy magii słyszałem urządzacie. Pozwólcie,
że i ja pokaże wam magii odrobinę. - oczy jego
blaskiem teraz szmaragdowym płonąć poczęły.
Rozglądał się po karczmie jakby kogoś szukając.
Dłonie ustawił tak jakby oręż potężny w nich
trzymał, po chwili topór w nich się pojawił.
Ogromny, dwuręczny i z blaskiem złotym bijącym
od niego. Krawędzie jego krwią ociekały jeszcze.
Po krótkiej chwili barbarzyńca zamach orężem nad
głową uczynił i topór z wielką siłą w ziemię
wbić próbował. Lecz oręż znikł nim podłoża
dotknąć zdążył.
- Teraz śmiałkowie ruszajcie! W lochach ten oręż
znajdziecie! A kto go odszuka ten niepokonany w
walce się stanie! - zagrzmiał donośnie duch
Toma. Oczy jego na powrót blado niebieskim
blaskiem się mieniły. Podszedł do karczmarza i
począł przyglądać mu się uważnie. Po chwili oczy
jego znów na czerwono płonąć poczęły. Dłoń przed
się wyciągnął i wskazującym palcem czoła
karczmarza dotknął.
- Ten tu bałwan obwieści wam, kiedy śmiałek
artefakt odnajdzie! - oznajmił wszystkim
zebranym.
Gdy wieść ta obiegła wszystkich, część od razu z
karczmy wybiegła, by skarbu szukać. Inni
zostali, by cieszyć się dźwiękami muzyki i dalej
się bawić.
Gdy noc już późna nastała druid wstał,
uśmiechając się z zadowoleniem, obserwując
igraszki i swawole. Na środek karczmy po raz
trzeci wyszedł, prowadzony przez swoich
zwierzęcych towarzyszy.
- Dość już tego! - krzyknął z całych sił. Złapał
Furiora i prosto w twarz mu huknął. - Wynoś się
Jael'erze! Jużeś się zabawił przednio. - druid
odrzucił niedelikatnie zwiotczałe ciało Furiora.
Tak samo z Vardem uczynił. Potem doskoczył do
Sayuri i miast ją łapać, bez oporów w tyłek
klepnął. - I ty maleńka odejdź w te pędy... -
złapał upadającą Sayuri i pomógł z powrotem
pewnie na nogach stanąć. Gdy już obojgu siły
wróciły druid ku zabranych się skierował.
- Godzina wybiła, w której modły trza odprawić.
- ton jego głosu wymagał posłuchu i
posłuszeństwa - Rozpalcie ogień przed karczmą,
otrzyjcie twarze zapite. - rzekł i sam ku
wyjściu ruszył. Na zewnątrz znów jął czekać aż
polecenia ludzie wykonają.
Gdy słowa druida wybrzmiały, na zewnątrz dało
się słyszeć okrzyki, odgłos rąbanego, łamanego
drewna, w stos ustawianego w pośpiechu. Wiele
czasu nie minęło, gdy łuna przez okna
prześwitywać poczęła. Ogień sięgał wysoko, jakby
samo niebo chciał swymi płomieniami dotknąć.
Druid wzrok swój w stronę gwiazd skierował.
Uśmiechnął się gdy ogień buchnął pod niebo samo.
Jego zielone oczy świeciły intensywnie. Słyszał
jak ludzie z wolna, niezbyt pewnym już krokiem
karczmę opuszczają, by wokół ogniska się zebrać.
Tylko chłopcy, na karczmarza usługach będący, co
i rusz drew dorzucali, by ogień nie tracił na
sile.
Druid spoglądał z zadowoleniem na płomienie
buchające wysoko w niebo. Iskry wzlatywały ku
niebo, jakby składając tym samym cześć siłom
natury. Wilk oraz kocur skończyły ludzi z
przybytku wyganiać i przystanęły obok mężczyzny.
Ten poczekał jeszcze chwilę, dopóki wszyscy
wokół ognia się nie stanęli.
W końcu podszedł do ogniska, dłonie swe ku niebu
wyciągając. Głosem dostojnym przemówił, aby do
każdego słowa jego dotarły.
- Ci, którzy tego dnia ze mną jesteście, wzywam
was! Ci którzy pieczę nad siłami natury macie,
wzywam was! - W głosie swym zawarł całą moc jaką
natura go obdarzyła. Wilczur i kot przy ognisku
zasiadły. Wąż także przypełznął do ognia. Kruk
nadal wszystko obserwował z wysokości dachu.
Poświaty, jakie wokół nich widać było, teraz na
sile przybrały. Blask ognia wzmagał jedynie
wrażenie, że zwierzęta płonąć zaczęły. Nim
ktokolwiek zauważyć mógł, zwierzęta na ziemi w
postacie skulone się zmieniły. Trzech mężczyzn w
płaszcze otulonych wyprostowało się. Wtem kruk
wzniósł się ku niebu, a potem lotem spokojnym ku
ziemi spłynął. Wylądował już jako kobieta.
Długie jej włosy, lekko na ramiona spływały,
jaśniejąc w blasku ognia. Płaszcz jej jasny był
w przeciwieństwie odzienia pozostałych druidów.
Mężczyzna skinął im głową na powitanie, po czym
do tłumu się zwrócił.
- Oto przybyli, ci którzy naturą się opiekują. Z
nami te modły wzniosą. - rzekł, po czym do
ogniska jeszcze się zbliżył. Głowę swą schylił i
nucić począł cichą pieśń, zaś pozostali druidzi
zaczęli mu wtórować.
|
- Bunyo nuftrevmvi,
Putv b'celyonyol fumnil brvoto lnu,
putu brejutvusu kjyuvtu nuto lnu,
Putv msyovinu kcutgu brvoto lnu,
petz łumgujil bumdorvol vu lnu
tvys y'nu j'yogy j'yogoj. |
Cichy głęboki
śpiew rozległ się w ciszy, a wraz z nim głosy
pozostałych druidów. Ich towarzyszka milczała,
delikatnie kiwając się w rytm pieśni. Oczy
przymknęła, usta jej poruszały się delikatnie.
Cicho, potem coraz głośniej skandowała własna
modlitwę. Głos druidki wzbił się ponad głosy jej
towarzyszy.
|
- Przez przełęcz, po moście
szalonym szłaś.
Bez nadziei, towarzyszył Ci tylko strach.
Byłaś tam, nie zapukał nikt...
Pogrzebana bez grzechu wśród szmat.
Ostatnie wizje zapisane wśród ścian!
Przed śmiercią strach, przed bólem lęk.
Przybądź gdyż my pamiętamy...
Ty która święto dziś swe masz
Ty, która modły słuchasz wczas
Przybądź i daj znak nam
Przybądź i wspomóż nas
Ty, która dary rozdajesz
Walpurgio przyjdź i drogę wskaż!
|
Kobieta dalej śpiewała czysto do
wtóru mężczyzn. Po chwili jej śpiew urwał się
nagle. Powiodła obcym wzrokiem po zgromadzonych.
- Dary me wam daję, więc szukajcie... - głęboki
głos, zupełnie odmienny od wcześniejszego głosu
druidki rozległ się wśród panującej ciszy. -
Modły wasze cel odnalazły... Teraz ja drogę
wskazać chcę... - kobieta rękę przed siebie
wyciągnęła. - W lochach skarb mój skryty jest...
Jeden śmiałek tylko szczęście będzie miał... Nie
zwlekajcie zatem.... - głos zamarł, a druidka
odzyskała panowanie nad sobą. Spojrzała na swych
współbraci. - Dokonało się. Czas wracać... -
rzekłszy to ramiona rozłożyła i ku niebu
wzniosła. Te w skrzydła się przemieniły, kobieta
wróciła do postaci kruka i odleciała... Jej
towarzysze również postaci wcześniejsze
przybrali i w swoją stronę ruszyli. Tylko druid,
który cała ceremonię poprowadził, stał jeszcze
przy ognisku.
- Dziękuje, pozwoliliście duchom na chwile
wrócić do życia. Pozwoliliście mi na chwile
wrócić do życia... Bawiłem się z wami przednio!
- Uśmiechnął się lekko, a oczy jego niczym szkło
blask księżyca odbijały. Wtem w powietrzu się
rozpłynął, pozostawiając gości samych, by znów
do zabawy wrócić mogli. A noc jeszcze długo
trwać miała, jak i zabawy w karczmie. I choć
święto końca dobiegło, to jednak coś z niego
zostało... Nie wszyscy jednak pamiętać mieli to
nazajutrz. Zbyt dużo trunków swoje uczynić
zdołało... |
|
ku pamięci:
Nadienne
|
| |
Pergamin: 1 2 3 4
|
|
|